Majka od zawsze uwielbiała sport. Od najmłodszych lat, aby żyć musiała się ruszać. Dzieci są z zasady ruchliwe i jeśli tylko chcą, mogą być wszędzie – na drzewach, trzepaku, nie mrugniesz okiem – już zdążą zmienić miejsce przebywania bez względu na to, jak wysoko znajduje się miejsce docelowe, w którym pragną się znaleźć. W przypadku Majki sprawa była jasna – szkolna drużyna koszykówki i rower o każdej porze dnia, nocy, roku. Jak to jednak w życiu często bywa, w życiu Majki pojawił się chłopak. Licealna miłość tuż przed maturą obok której nie mogła przejść obojętnie. Czas, kiedy wszystko co w Tobie jest i wszystko, co czujesz jest wielkie, większe, największe! I klapa. Chłopak (czy to z racji wieku, czy to z racji podłego charakteru – nie pora na jego ocenę) porzucił naszą Majkę. A ona porzuciła sport. Nieszczęśliwa i ze złamanym sercem nie odnalazła (jak to też często bywa) w sporcie ukojenia. Może dlatego, że nie podjęła próby, aby dać sobie szansę. Po prostu przestała się ruszać. Na kilka lat.

Majka jest obecnie prawie upieczoną absolwentką uczelni wyższej. Na ostatnim roku studiów zajęć już niewiele, co pozwala jej na pracę dorywczą, spotkania ze znajomymi i spokojne życie. Takie życie w bezruchu w każdym sensie tego stwierdzenia. Jak się okazało, zbyt spokojne bo w głowie Majki pojawiły się myśli, żeby ponownie zacząć się ruszać. Nie czasem, od przypadku do przypadku, nie raz w tygodniu, a na stałe, często i regularnie. Dla siebie. Dla zdrowia, dobrego samopoczucia i kondycji. Co wybrać? Zacząć biegać, chodzić na basen czy wrócić na rower? Każda z opcji wydawała się interesująca. Zaczęła pytać koleżanki o wspólne wyjścia – kilka razy wyszło, potem ktoś odwołał, ktoś nie mógł. Warunek był jeden: nie robić tego samotnie. A może – przy okazji – poznać nowych ludzi?

Sprawić, że ruch i aktywność nie będą jedynie gośćmi, a prawdziwymi kompanami. Powoli poczuć się w swojej skórze naprawdę dobrze, jak kiedyś. Z licealnej, nieszczęśliwej miłości można się dzisiaj śmiać. O wiele mniej śmieszne jest to, że nasze życie upływa niejako na… siedzeniu. Całe szczęście, że czasem tramwaj straszy tym, że ucieknie. Przynajmniej jest okazja do tego, aby rozkołysać trochę nogi i poczuć mocniejsze bicie serca!

A jeśli nie wiesz od czego zacząć – zacznij od początku. Majka zaczęła szukać – siłownia póki co odpada, bo pomimo tego, że na każdej maszynie znajduje się jakaś instrukcja czy obrazek, nie wydawało jej się to całkiem jasne. Poza tym, to też robi się raczej samemu, nie gromadnie (pomijając kolejki, które zauważyła w poniedziałek do jakiejś maszyny niewiadomego pochodzenia i z niewiadomej przyczyny). Majka szukała więc dalej. I znalazła. Zobaczyła, że w jednej z krakowskich siłowni odbywają się zajęcia GT Beginners. Oczywiście nic jej to nie powiedziało. Jej uwagę przykuł fakt, że zajęcia są: grupowe i dedykowane początkującym, a podczas treningów wykorzystywane są m.in. różnej gęstości gumy. Totalna zagadka! Majka przeczytała, że zajęcia GT przygotowywane są w oparciu o system treningowy – postanowiła sprawdzić z czym to się je i co to w ogóle znaczy. Kompletnie nieświadoma, ciekawa nowego i – pełna niepokoju (tak, pełna niepokoju) zapisała się na zajęcia.
***
Na sali dwadzieścia osób. Na szczęście wyglądali podobnie jak ja. Może tylko nie bali się tak jak ja – pomyślała. Może to ich drugie lub trzecie zajęcia, a może trzydzieste – gdybała Majka. Bała się, kogo tam spotka. Może to jacyś „nadludzie”? Kilka osób śmiało się między sobą – chyba dobrze się już znają. Inni w skupieniu oglądali sprzęt – może zastanawiali się, którą z gum będą dzisiaj ćwiczyć, na co są gotowi? Ostatecznie mogę sobie jeszcze pójść, nikt nie zauważy jednej osoby na sali mniej. Czuję się, jakbym właśnie zdawała egzamin dojrzałości. Chciałam ludzi – mam ludzi. Chciałam ruchu – zaraz się zacznie.

Być może opuściłaby salę gdyby nie fakt, że właśnie wszedł do niej uśmiechnięty i radosny chłopak. Wszyscy powitali go równie radośnie, a przestrzeń wypełniła swojego rodzaju atmosfera ekscytacji. Dziwna sprawa – to tylko godzinne zajęcia sportowe, na które oni czekali być może tydzień. Pokrzepiający uśmiech trenera powędrował również do Majki, która chcąc się odwdzięczyć wykonała na swojej twarzy pierwsze z ćwiczeń w tym dniu – grymas zmieszania, chęć wykonania najlepszego z możliwych uśmiechu numer pięć ale… Ale on zapytał wtedy czy ktoś jest na zajęciach pierwszy raz. Jeszcze nie zdążyła podnieść ręki, a już czuła, że wszyscy patrzą właśnie na nią. Kiedy to zrobiła trener podszedł do niej, przywitał się, wyjaśnił pokrótce co będą robić i dodał, aby wszystkie z ćwiczeń wykonywała we własnym tempie. Zdążyła tylko wyobrazić sobie siebie jako ślimaka z gumą na głowie… i zaczęło się – muzyka gra!
***
Opadła na łóżko i nie wiedziała co myśleć. Jako że Majka jest realnym człowiekiem, a nie jakimś tam wymyślonym stworzeniem z artykułu – zastanawiała się po ludzku, czy jeszcze żyje, czy też debiut na ścieżce powrotu do zdrowia to zarazem pierwszy gwóźdź do trumny. Nie zdążyła dojść do domu – całe ciało zaczęło boleć już w drodze powrotnej. Wszystko byłoby być może tak tragiczne, jak chciałaby, aby było (przecież gdyby wszystko było tak tragiczne mogłaby śmiało zrezygnować z obranej drogi i powrócić do bezpiecznej strefy komfortu, gdzie wszystko stoi w miejscu) ale… Ale czuła się pomimo bólu ciała… szczęśliwa. W środku słyszała jeszcze muzykę i głos trenera, który niemal co dwie minuty motywował całą dwudziestoosobową grupę. Były i stepy, i trucht, i wspomniane gumy. Jacy oni wszyscy są szybcy! Jak oni to robią, skoro to grupa dla początkujących? Miała pecha i trafiła na jakichś nierealnie szybkich ludzi, czy jak? Jeśli umarłam to było warto spróbować i to przeżyć – pomyślała i zaczęła odtwarzać w głowie pierwsze zajęcia GT od początku. Od pierwszego ruchu.

Kilka dni później postarała się, aby tuż przed zajęciami przyjść odrobinę wcześniej. Wzięła step i gumę. Usiłowała wykonać elementy rozgrzewki koordynacyjnej która pobudza ciało do dalszego, wymagającego wysiłku. Tymczasem na salę wszedł trener prowadzący zajęcia, podszedł i zapytał czy chciałaby wziąć udział w cyklu zawodów Grand Prix GT. Wręczył mały voucher i motywował że na pewno świetnie sobie poradzi. Powiedział aby zbierała pieczątki za każdym razem gdy bierze udział w zajęciach, aby zapoznała się ze szczegółami zawodów i że on jako kapitan liczy na jej pomoc i uczestnictwo.

Majka stała i śmiało mogłaby konkurować z ulicznym słupem.

(w tym czasie w głowie Majki przewijały się takie oto słowa: Ale że jak? Ale że ja? Ja dopiero zaczęłam? Ja ostatnio umarłam? No i jednak wróciłaś! On tak serio? On mówi do mnie? Ja mam reprezentować? Chodzić regularnie? Dam radę? Nie dam! A co będzie jeśli dam? Może z kimś pogadam? Chyba zapomniałam języka w gębie… wezmę, wyrzucę. Wezmę, zobaczę. Wezmę, poczytam…)

Widzisz Szymona i myślisz: sukces. Nienaganny styl, nienaganna sylwetka, czar, blask i wszystko to, z czym kojarzą ci się okładki gazet dla sportowców. Pomimo tego że Szymon doskonale wie, że jego odbicie w lustrze to odbicie, o którym marzy pewnie co drugi facet w mieście, a co druga dziewczyna chciałaby, aby stał przy jej boku – nie zapomniał że wygląd to nie wszystko. W pierwszej kolejności liczy się zdrowie, kondycja i porządna dieta. Ważne, aby szanować innych, pracować ciężko i dostawać za to godziwe wynagrodzenie. Dodajmy, że Szymon jest niezwykle sympatycznym człowiekiem, który nie zawsze radzi sobie ze swoim onieśmielającym czarem!

Gdybyście poznali Szymona pięć lat temu pewnie nie zwrócilibyście na niego większej uwagi. Zaraz po tym, gdy na fanpage Group Training pojawiła się informacja o II edycji Grand Prix (cykl zawodów GT w dodatku: w całej Polsce!) postanowił, że musi wejść do finału. Co potem – zobaczymy, jednak sam udział w finale i zakwalifikowanie się do grona jego uczestników to cel numer jeden. Plan musi zostać wykonany na sto. Ani odrobinę mniej, nie ma takiej opcji. Wybrał spośród zajęć te, na którym może bywać regularnie, nie zapomniał o zajęciach Mobility. Dokładnie przejrzał grafik zajęć i wybrał opcje B, gdyby danego dnia nie udało mu się dotrzeć na zajęcia do swojego klubu, którego barwy będzie reprezentował. Postanowił skupić się też WOD-ach w związku z mądrym stwierdzeniem, że „na tyle jesteś dobry, na ile dobry jest twój najsłabszy punkt”. A on też takie ma (chociaż ciężko w to wierzyć). Odebrał voucher, przeczytał co i jak, a podczas ostatniego spotkania GT Race Team zdążył się założyć ze znajomymi, że znajdzie się w finale. Odrobina „kpin” ze strony znajomych z GT i dawka rywalizacji nikomu przecież nigdy nie zaszkodziła. Doskonale wiedział, że Szymon z odbicia lustrzanego, wszystkie z walk które stoczył, aby dojść do tego czym włada teraz, stoczył tylko i wyłącznie ze sobą. A znajomi z sali treningowej i trenerzy bardzo mu w tym pomogli. Po cichu wierzył też, że i on może wziąć udział w szkoleniu trenerów GT i zostać kimś, kto podobnie jak trenerzy motywuje innych. Ale to już historia, którą zaplanował sobie na przyszłość. Uwielbiał planowanie, lubił tę pewność, którą daje mu sport. Pewność, że może wszystko jeśli tylko będzie: bardzo chciał i jeszcze mocniej pracował.
***
Majka mieszka w Krakowie, Nowym Sączu, Łodzi. Jest mieszkanką Gliwic, Konstantynowa Łódzkiego, Zabrza, Sosnowca lub Rudy Śląskiej. Majką możesz być Ty. Może być nią każdy, prawda? Szymon jest tym, kim chciał być. Wykreował siebie precyzyjnie, dokładnie i długo pracował nad tym, aby czuć z siebie dumnym. Nie pojawił się z powietrza, ani z przypadku. Dokładnie wiedział co i jak robić, wiedział też, że proces tworzenia wymaga czasu. Szymonem też możesz być. To, czy się to wydarzy i to, jak długo będziesz musiał nad tym pracować zależy tylko i wyłącznie od Ciebie.

A co wydarzy się dalej? Weźcie udział w II edycji Grand Prix i przekonajcie się sami, co czeka i co spotka Majkę i Szymona. Być może spotkają się na jednej sali, a być może – w finale. Obojętnie czy właśnie zaczynasz czy już wychowałeś na własnej piersi kogoś, kto wierzy w siebie – samego Ciebie – dołącz do świetnej zabawy!